|
Rany,w życiu bym się nie spodziewała, że w okolicy moich 30-tych urodzin czeka mnie taka niespodzianka! Okruszek opuści mój Brzuszek i Świat ujrzy tą najpiękniejszą Istotkę!
Zakładki:
Kalendarzyk :-)
Zaglądam
|
wtorek, 14 grudnia 2010
Coś Ważnego
Nie pojawiam się na tym blogu od dawna, ale wiem, że Wy tu często zaglądacie. Dlatego postanowiłam zrobić wyjątek i zamieścić bardzo wazny tekst. Tekst jest związany z kampanią związaną z krwią pępowinową komórkami macierzystymi. Ja ze swojej strony pwoiem tylko tyle: mnie nie było stać na opłaty w banku krwi pępowinowej i nie skorzystałam z tej szansy. Jeśli tylko stac Was na to, albo możecie zazyczyc sobie taki prezent od dziadków, cioć, wujków, kogokolwiek - skorzystajcie z tej szansy! Taka okazja trafia się w każdym życiu tylko raz i nigdy się nie powtórzy, u nas już tego nie nadrobimy, choćbyśmy chcieli nie wiem jak. Ale jeślio jesteście przyszłymi rodzicami - przeczytajcie poniższy tekst uważnie i zastanówcie się powaznie nad tą kwestią! Podstawowe wiadomości na temat komórek macierzystych z krwi pępowinowej, czyli gdzie leży prawda. Komórki macierzyste z krwi pępowinowej są tematem wzbudzającym wiele kontrowersji
„Nie, i o ile wiem, w Polsce nie była taka krew wykorzystywana. W dodatku nie ma formalnej kontroli nad bankami, więc nikt nie da gwarancji, że dana krew będzie zdatna do użycia. No i kwestia ilości - na razie nie ma dobrych metod jej namnażania, a ilość pobierana przy porodzie wystarczy tylko dla małych dzieci.(…)” [Anulka_28, www.28dni.pl] FAŁSZ. Komórki macierzyste stosuje się w leczeniu od lat. Przykładem jest przeszczepienie komórek macierzystych ze szpiku. Źródłem tych komórek jest również krew pępowinowa. Krew pępowinowa przechowywana jest w bankach komórek macierzystych. Nadzór nad nimi sprawuje Krajowe Centrum Bankowania Tkanek i Komórek. Banki komórek macierzystych poddawane są corocznym audytom w zakresie kontroli i zgodności wykonywanych procesów pobierania, preparatyki, zamrażania i przechowywania autologicznych porcji komórek macierzystych. Jeśli chodzi o ilość krwi, to średnia porcja wystarczy do przeszczepienia dla 40 kilogramowego dziecka (czyli kilkunatostolatka).
„my się nie zdecydowaliśmy bo obecnie medycyna jest tak mało rozwinięta, że praktycznie nie ma możliwości jej wykorzystania.” [Bluemendale, www.babiniec-cafe.pl] FAŁSZ. Komórki macierzyste z krwi pępowinowej wykorzystuje się do leczenia chorób nowotworowych (m.in. białaczki, chłoniaka, szpiczaka mnogiego) oraz nienowotworowych wrodzonych (defekty układu krwiotwórczego i niedobory odporności) lub nabytych (aplazja szpiku). Komórki macierzyste są badane, ponieważ dąży się do poszerzenia wiedzy o ich zastosowaniu. W tym momencie trwają badania nad leczeniem za ich pomocą choroby Alzheimera, cukrzycy, stwardnienia rozsianego, tocznia, a także wykorzystania ich w terapii udaru mózgu, uszkodzenia tkanki nerwowej lub mięśnia sercowego. Komórki macierzyste mogą się bowiem przekształcać się w komórki innego rodzaju.
„Warto powiedzieć, że na całym świecie jak dotąd nie było ani jednego przypadku wyleczenia osoby jego własną krwią pępowinową, wszystkie przypadki przeszczepów były dla innego biorcy.” [zulam, www.styl.fm] FAŁSZ. Istnieją przypadki wykorzystania krwi pępowinowej do leczenia pacjenta, od którego została ona pobrana – na całym świecie wykonano ponad 200 takich zabiegów.
„Dokładnie... krew pępowinowa, to ewentualnie ratunek tylko w przypadku białaczki. A tę FAŁSZ. Istnieje ponad 70 chorób, w leczeniu których wykorzystuje się komórki macierzyste
(…)co do tej "za małej ilości" moja koleżanka jest lekarzem w Niemczech i u nich się te komórki po prostu namnaża-u nas po prostu jeszcze nie było takiego przypadku żeby trzeba było użyć krwi dla starszego dziecka...(…) [jaga, www.rodzinko.pl] PRAWDA. Po raz pierwszy wykorzystano tę metodę w Stanach Zjednoczonych. Uzyskano ponad 160 razy większą ilość komórek CD34+. Jest to pewien rodzaj komórek macierzystych odpowiedzialnych za szybkość odnawiania układu krwiotwórczego. Stanowią one 0,1 wszystkich komórek macierzystych z krwi pępowinowej.
(…)- ilość pobranej krwi pępowinowej jest wystarczająca przy leczeniu małego dziecka (różne źródła różnie podają 6-9-12 lat, pewnie zależy od masy ciała, gdzieś czytałam o 11-12 kg), do leczenia starszego rodzeństwa bądź dorosłego krwi jest za mało. (…)[efcik,www.blizniaki.net] FAŁSZ. Średnio ocenia się, że standardowa porcja krwi pępowinowej starcza na przeszczep
„(…)Z pobraniem komórek w szpitalu był problem, położne boją się to robić i ściemnieją, że jest za późno, mi powiedziano to w trakcie porodu, a komórki pobiera się po nim.(…)” [Penelopa, www.kobieta.wp.pl] FAŁSZ. Krew pobierana jest tuż po porodzie po tzw. odpępnieniu dziecka. Pobranie jest bezbolesne i całkowicie nieinwazyjne. Matki, które poddały się temu zabiegowi mówią że,
„(…)następna rzecz to że w naszym kraju takie banki nie mają żadnego uregulowania prawnego i żaden szpital nie podejmie się przeszczepu krwi pępowinowej bo jest to tkanka tzw. "nieznanego pochodzenia"(…) [mloda_zonka, www.28dni.pl] FAŁSZ. Po pobraniu krew pępowinowa jest transportowana w specjalnie chronionym pojemniku i w ciągu kilku-kilkunastu godzin trafia do laboratorium, w którym wykonywany jest szereg badań. Następnie rodzice są informowani o wynikach badań przeprowadzonych w laboratorium. Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie zdeponowania krwi, rodzice otrzymują specjalny certyfikat poświadczający złożenie krwi w banku. Warto zwrócić uwagę
(…)te komórki są pobierane od niedawna-i w zasadzie nie wiadomo co się dzieje z nimi po długim przechowywaniu- czy zachowają swoje właściwości czy nie(…) [aneeeczka, www.rodzinko.pl] FAŁSZ. Do krwi pępowinowej przygotowanej do przechowywania w ciekłym azocie w temp.
10. Komórki macierzyste nie występują wyłącznie w krwi pępowinowej „(…)Dorosłe komórki macierzyste tworzą się w szpiku kostnym i krążąc w krwioobiegu wypełniają podstawową funkcję w regeneracji naszych organów. Z wiekiem liczba zdolnych do rozrodu komórek macierzystych znacznie się zmniejsza.(…)”[dziobek555, www.dzieci.org] PRAWDA. Poza krwią pępowinową źródłem komórek macierzystych są krew obwodowa oraz szpik. Pobranie komórek macierzystych z krwi pępowinowej jest jednak prostsze i najmniej inwazyjne. Ponadto przewagą ich jest także dziesięciokrotnie większa zdolność regeneracyjna niż komórek pochodzących ze szpiku oraz mniejsze prawdopodobieństwo odrzucenia przeszczepu. 11. Pobranie i bankowanie krwi jest płatne „Samo pobranie to pewnie niewiele ale przechowywanie tych komórek na pewno sporo, ale ile to nie wiem.” [Jadziunia, www.dobramama.pl] PRAWDA. W Polsce działają głównie rodzinne banki komórek macierzystych. Przechowywanie krwi w tych bankach jest płatną usługą. Zazwyczaj jest to koszt około 600 zł opłaty wstępnej, około 1500 zł po porodzie oraz roczny abonament w wysokości około 450 zł. Banki ogłaszają różne promocje i zniżki, dlatego podane ceny są orientacyjne i mogą ulec zmianie. Istnieją również banki publiczne, gdzie przechowywanie krwi jest bezpłatne, ale wtedy o wykorzystaniu krwi decyduje bank, a nie rodzice. Ponadto nie można w nich bankować krwi, ze względu na brak funduszy (brak finansowania przechowywania krwi przez państwo).
wtorek, 30 czerwca 2009
Koniec pisania :-)
Ja myślę,że w międzyczasie nasunie mi się jeszcze mnóstwo refleksji więc może będę trochę uzupełniać, ale na chwilę obecną kończę pisanie tego bloga. To był blog o moim brzuszku - jak się okazało nie o okruszku tylko o Bobku ;-) Teraz Bobek jako Radosław Franciszek jest już z nami więc nie mogę pisac o moim brzuszku. Dlatego zainteresowanych zapraszam na jego nowego bloga radzinka.blox.pl - piszę już i lada moment coś tam się ukaże ale chciałąbym najpierw trochę nadrobić, żeby było chronologicznie :-) Nie będzie tam też zbyt dużo zdjęć - a to dlatego, że wszystkie ale to wszystkie nasze zdjęcia są dostępne na radoslawfranciszek.prv.pl i będą się tam pojawiać sukcesywnie co kilka tygodni, czm to już zajmuje się Tata (a i teraz będzie ich dużo więcej bo na urodziny dostałam od rodziców aparat cyfrowy bo wcześniej to miałam tylko taki zwykły więc nieco trudniej było). Pozdrawiam gorąco wszystkich czytelników i dziękuję za uwagę, zainteresowanie i Wasze mądre słowa. Do zobaczenia na www.radzinka.blox.pl i w innych miejscach w sieci :-) 26.04.2009 retrospekcje
Tego dnia Bobek po raz pierwszy (ufam, że nie ostatni!) byl nameczu :-) Jako zagorzały kibic Legii, przez cały okres ciąży pod wpływem próśb Tatuśka z trudem powstrzymywałam się od chodzenia na mecze. ale meczu na szczycie z Lechem Poznań nie mogłam odpuścić. Tak więc (jak się później okazało miesiąc przed porodem) pod wpływem mojego uporu i przy obietnicy, że gdy tylko się troszkę chociaż źle poczuję to od razu wracam do domu i cały czas będę pod czujnym opiekuńczym okiem Tatki - poszliśmy na mecz. tatko nie lubi piłki więc większość czasu siedział i chyba grał w coś na komórce albo podawał mi chusteczki i pilnował żebym za głośno nie krzyczała i nie przeklinała. A ja byłąm zachwycona. No i nie przegraliśmy - a w takiej kofiguracji i remis dobry! Na zdjęciu w kółeczku, nad flagą sektorówką widać mnie w 8 miesiącu ciąży z Bobkiem w brzuchu. Legia goooool!!!
16.05.2009 retrospekcje
A tego dnia nie czułam się najlepiej, ale zaproszeni przez Ciocię Paulinę wieczorem wybraliśmy się do niej świętować jej kolejne urodziny ;-) Ja się ledwie ruszałam i droga z samochodu do mieszkania już mnie zmęczyła. Spędziliśmy na imprezie tylko chwilę, może z pół godziny, ale i tak się cieszę, że tam byliśmy. I Bobek był grzeczny i nie rozrabiał :-) Odpoczynek na kanapie -Tatko pilnuje, czy niczego nam nie brakuje :-)
A Bobkowi o tak się podobało!
Szczęśliwi Rodzice z Bobkiem i Ciocią Pauliną :-)
niedziela, 14 czerwca 2009
Poród
Zadzwoniłam po Tatusia (był poniedziałek zaraz po północy) i zarządziłam "Kochanie, rodzimy, przyjeżdżaj". Tatko który ledwie dojechał do siebie do domu po dowiezieniu mi ubrań i ogarnięciu mojego mieszkania wsiadł w samochód i jak potem relacjonował, dobrze, że z nim nie jechałam bo trase z Ursynowa na Karową pokonał w chwilę dosłownie, łamiąc wszelkie możliwe przepisy. Dostałam pojedynczą elegancką, czyściutką salę porodową, podpięli mnie do KTG na stałe i kroplówka z oxy na stałe, dawka zwiększna co godzinę. Lekarki, położne i studenci regularnie zaglądali do nas i kontrolowali wszystko. To był mój pierwszy poród więc wszystko znalam tylko z teorii. Ale przez pierwsze godziny czułam się ok, skurcze były niezbyt bolesne, regularne, co 2-3 minuty, mimo że ograniczona kablami od KTG i kroplówą starałm się rusza jak radzili na szkole rodzenia, wstawalam, siadalam, kucalam. Tatko bardzo mnie wspieral, poduwal mi krzeslo, przypominal o oddychaniu, bo rzeczywiscie w czasie skurczow po zwiekszeniu dawki oksytocyny zdarzalo mi sie o tym zapomniec, zwilzal usta mokrym gazikiem, otwieral okno. Bylam zdziwiona, ze to już sa te słynne skurcze porodowe, bo w żaden sposób nie mogłam tego nazwac bólem nie dowytrzymania i już zaczęłam się zastanawiac kiedy bede w takim razie rodzic nastepne dziecko i czy te krzyki i wycie zza ściany to w czasie parcia czy tych banalnych skurczów. No ok, im wieksza była dawka oksytocyn, rzeczywiście bardziej bolało, ale nie take rzeczy sie w życiu znosiło. Więc sobie spokojnie rodzimy co po kilku godzinach wyglądało tak: jak widzicie, jeszcze chwilami podczytywałam sobie książkę bo mi do końca ledwie parę stron zostało i chciałam juz dokończyc. Nad ranem jednak juz robiło sie coraz gorzej. Skurcze sie nasilały, zmeczony Tata zaczał ziewac co chwila co mnie wyprowadzało z równowagi. Najgorsze jednak ze wszystkiego było to, że nie wolno mi bylo nic pic a w ustach miałam Saharę! Zwilżanie ust wilgtnym wacikiem było niewielka ulgą, a że pod koniec ciąży wypijałam po 4 litry płynów dziennie to suszyło mnie jak na kacu! No i ten nieszczęsny basen! Nie wolno i było się odpiąc od KTG wiec musialam! Na szczescie poruszałam się a nie na łóżku więc stawiałam sobie na podłodze i jak do nocniczka - ale to masakra, nigdy więcej!!! No więc rodzimy sobie rodzimy, nad ranem to juz w takiej kameralnej atmosferze, zgaszone światło, otwarte okno, oglądanie świtu i wschodzącego sońca nad moją Warszawą. Ale nic nie idzie do przodu :-( Ja już byłam zła na Tatę, że mi przysypia, chociaż nie dziwiłam się szczerze mówiąc, że po ostatnich dniach może byc niemilosiernie wyczerpany i niewyspany i poniewaz nie było az tak źle i ciężko wolałam żeby on odpoczął i zajął sie mną i Bobkiem jak już będziemy w komplecie :-) Więc wydzwoniliśmy moją Mamę, która przyjechała do szpitala ale z domu miała prawie 100km w porannych korkach więc to trwało. Jak zbadali mnie przyjmując na oddział w niedzielę, szyjka macicy była szczelnie zamknięta i miała 3 cm dlugości, zresztą tak samo jak tydzień i dwa wcześniej na wizycie u mojej lekarki. bez zmian najmniejszych. Co 2 godziny lekarka badała rozwarcie, ale... szyjka się nawet nie skróciła (dziś wiem, że powinni byli podać mi prostaglndyny na szyjkę, ale do końca życia tajemnicą pozostanie czemu tego nie zrobili). Rodziłam sobie i rodziłam, koło 10 rano, po kolejnym zwiększeniu dawki oksytocyny ipodłączeniu mi drugiej kroplówy z nawodnieniem, skurcze dochodziły siłą do 130, ale to nie ich siła była wyznacznikiem bolesności, tylko każda kolejna godzina ich trwania... Tatko poszedł do domu się przekimać a przy mnie dyżur objęła moja Mama, która juz 15 lat temu obiecała mi, że będzie ze mna rodzic (a ja tego chciałam pod wrażeniem jej doświadczenia, trzy porody, które wspomina z przyjemnością, co jeden to krótsszy a Małą od momentu dotarcia do szpitala to jakieś 40 minut rodzia...). Ja już byłam coraz bardziej zmeczona, wściekła i coraz bardziej bolały mnie te cholerne skurcze, jak wcześniej nawet te koło 100 to był pikuś, tak teraz przy 60 płakałam z bólu. Mama przypominała mi o oddychaniu i zwiżała usta. Na rannej zmianie były dwie młode studentki położnictwa, cudowne dziewczyny. Tylko one z normalną, ludzką troską, przychdziły do mnie często, rozmawiały, tłumaczyły, wyjasniały, sprawdzały wszystko, robiły okłady na czoło i trzyłay za rękę. Wspaniałe dziewczyny! Nikt poza nimi ludzkim słowem się do nie nie odezwał. Poożne przychodziły i kazały mi się zamknąc i uspokoic bo tak wyłam z bólu, że słychac mnie bylo na podwórku oraz dokładnie w każdej z sal porodowych co stresowało inne rodzące. Zaczęłyśmy z Mamą prosic o cesarkę. Ja bylam gotowa rodzic dalej, gdybym mogła, ale nie było ŻADNEGO postępu, a badania co chwila szyjki tak bolały, że myślałam, że juz dłużej nie wytrzymam. Gdyby byl jakikolwiek postęp beez słowa rodziabym dlaje, tak bardzo chciałam sama, naturanie urodzic Bobka. Lekarze jednak orzekli, że nie ma wskazań do cesarki. Chciałyśmy zapłacic. Nie ma takiej opcji. Czekamy. Zwiekszamy oksytocynę. Ale ile można czekac? Lekarka na to, że przynajmniej 24 godziny. O żesz ty! Po 15 godzinach skurczów wyłam już z bólu i nie mogłam nawet mówić. Jęczałam tylko i ryczałam, płakalam potwrnie. Błagałam o coś przeciwbólowego - nie. Na znieczulenie za wcześnie bo po 15 godzinach skurczów szyjka się nawet nie skróciła nie mówiąc o rozwarciu! A znieczulenie mozna dopiero po rozwarciu! Przez cały ten czas lekarki i położne z pierwszej zmiany nie były miłe, przychodziły, badały szyjkę co bylo bardzo bolesne (Mama podejrzewa że był robiony masaż szyjki, ale nikt mi tego nie potwierdził a ja nie wiem jak to stwierdzic? Ale "badania" były najbardziej bolesną rzeczą jaka pamiętam z porodu, Mama musiała mnie trzymac jak mi wsadzali tam łapy i jeszcze uczyli studentów więc ze 2-3 osoby po kolei...) i uciszały mnie niezbyt sympatycznie. Tak naprawdę to tylko te dwie studentki położnictwa mnie tam podtrzymały na duchu bo inaczej nie wiem jak bym wytrzymała! Wreszcie lekarka drugiej zmiany pozwoliła mnie na 15 minut odpiąć od KTG i kroplówki z oxy i wziąć prysznic. Spocona i zakrwwiona (od "badania" szyjki) z ulgą się umyłam i z trudem położyłam, obolała po tylu godzinach bezowocnych skurczów. To była chwila ulgi. Około 16 blagałam niemal na kolanach (zresztą już nie pierwszy raz) o cesarkę ale powiedzieli, że nie ma wskazań. Wreszcie dostałam przeciwbólowy Dolargan. Mimo podłączonej oxy, organizm wyczerpany zasnęłam w ciągu 5 minut i spałam 1,5 godziny. Kolejna chwila ulgi, ale tylko chwila i nie była to jednak zbytnia regeneracja sił przez 1,5h. A teraz wyobraźcie sobie co przeżywała moja Mama, która patrzyła jak cierpie i nic nie mogła zrobic! Trzymała się dzielnie, opowiadała mi, że dopiero w nocy jak wracała do domu to płakała cała drogę. Ja owładnięta skurczami nie myślałam o ikim i o niczym, potem dowiedziałam się, że Tatko od późnego popołudnia siedział cały czas na Izbie Przyjęc, żeby byc pod ręką i blisko mnie. Nie chciałam żeby przychodził, bo byłam w tragicznym stanie, nic by mi i tak nie mógł pomóc i stałby tak samo bezsilny jak Mama, a po co miał jeszcze i on sie denerwowac. Potem znów skurcze, oxy podkręcona na maxa. Jedyna ludzka lekarka jaką tam spotkałam, dr Ilona Kostro, chciała już mnie kwalifikowac do cesarki, podgolili mnie, założyli szpitalna koszulę ale musiała jeszzcze uzyskac akceptacje swojej przełozonej, lekarki dyżuru czy jakoś tak. Zawołała ją. Już z wyglądu mi sie nie spodobała - prawdziwa za przeproszeniem Sucz: czarne farbowane loki, nie całkiem młoda, że tak powiem a zmalowana jak nie powiem kto - oko w błękicie, usta jaskrawoczerwone. No więc ta Sucz funduje mi kolejne "badanie" szyjki, znowu lejąca się krew i tryumfalnie lekarka stwierdza, że jest postęp bo szyjka się skróciła do 1,5cm! I nagle, w trakcie badania - odeszły mi wody, co również tryumfalnie oznajmiła lekarka. Szczerze mówiąc nie wierzę, że taki dziwny zbieg okoliczności i przy zamkniętej szyjce odeszły wody. Podejrzewam, że przebiła mi pęcherz płodowy - na co ja oczywiście nie wyraziłam zgody bo nawet nie byłam o to zapytana! Rzeczywiście miałam dużo wód, salowe wycierały pół pokoju bo wszystko pływało. Słaniając się na nogach znosiłam kolejne skurcze, podpięta 21szą godzinę pod oxytocynę. Lekarka Sucz Dyzuru nie wyrazia zgody na cesarkę, bo skoro jest postęp porodu to nie ma wskazań! Na tym etapie porodu wyglądalam tak: Ja nadal wyłam z bólu i znów sie ktos nade mną zlitował i dostałam Dolargan. W tym momencie zaczęły się nudności, zawroty głowy i zaczęłam tracić przytomność, kątem oka zauważyłam na KTG że tętno dziecka spada do 50 i niżej. Niby monitory od KTG były przed nosem położnych w ich dyżurce ale nikt się nie pofatygował do mnie! Ja traciłam przytomnosc... dobrze, że nie rodziłam sama! Mama pobiegła po lekarki. To było około godz. 21:10. Rzucili się na mnie, biegiem z łóżkiem na salę operacyjną, tarmosząc mój brzuch i klepiąc po policzkach żebym nie odpływała bo traciłam przytomność. Na sali kręciło się już z 10 albo więcej osób. I nagle mówią do mnie. Proszę się przenieść z łóżka na stół operacyjny, my Pani nie przeniesiemy bo jest pani za ciężka. Rzeczywiście przytylam w ciązy 28kg, ważyłam prawie 90, ale... Ehh. Przetoczyłam się a w międzyczasie już dwie kobiety wsadziły we mnie ręce i coś robiły z dzieckiem (co??? do dziś nie wiem. reanimacja i masaż serca w moim brzuchu przez zamknięta szyjkę? co to było?), kolejna podtykałą mi do podpisu zgodę na cesarkę (ja nie byłam w stanie otworzyć oczu bo co chwila traciłam świadomość!), przekręcili mnie na bok i wbili się w kręgosłup do zzo, ale ponieważ nie byłam w stanie utrzymać pozycji do tego koniecznej (kazali mi podkulić nogi do brzucha a ja nie władałam nawet ręką i znowu traciłam świadomość), zaraz wyjęli z kręgosłupa (do dziś mnie boli miejsce po wkłuciu, ale twierdzą, że to tylko naruszone zakończenia nerwowe i nic takiego) i dostałam maskę do narkozy. Ostatnie słowa jakie słyszałam przed narkozą to coś w rodzaju szybciej szybciej bo go tracimy i intensywne grzebanie w moim brzuchu.
sobota, 13 czerwca 2009
24 maja
Jak zwykle ostatnio, Mama wstała z łóżka bardzo późno i czekała na Tatę. Ponieważ czułam się nawet nieźle, pomyślałam, że moglibyśmy pojechać kupić okleinę do mebli bo wiedziałam, że w Arkadii jest taka jaką chcę. Tatko przyjechał po południu i zabrał nas na KTG jak zwykle na Izbę Przyjęć na Karową (nie wiem czy o tym wspominałam, ale KTG musiałam mieć robione popołudniami lub wieczorami bo rano za każdym razem było nieczytelne i musiałam je powtarzać kilka razy). Po drodze jeszcze chciał nas zabrać na spacer do ogrodu w BUWie bo to blisko a ja nigdy tam nie byłam, ale zdecydowłam, że najpierw badanie, żeby było już z głowy. Tym razem musielismy trochę poczekać. Zjadłam więc batonka, wypiłam kilka łyków soku jabłkowego bo tylko taki był w automcie na IP i czekałam. Wreszcie mnie podpięli, dyżur miał jakiś młody lekarz, w międzyczasie za zasłonką, w drugiej części sali badali inne pacjentki, na przykład staruszkę z alzheimerem, krwawiącą, nie mówiącą, którą mąż rozbierał do badania a potem zalatwiła się na fotel (zastanawiałam się, kto mnie będzie rozbierał jak będę w takim stanie jak ta pani), mlodą kobiete w 27 tc z plamieniami, kolejną po operacji jajników, wszystkie krwawiące. Ja w duchu dziękowałam Bogu, że u mnie i u Bobka wszystko ok. Ale nagle do mnie zlecieli się wszyscy i patrzą na zapis. Ja nie wienm o co chodzi, leżę przywiązana. Okazało się, że nastąpił nagły spadek tętna dziecka. Trzymali mnie jeszcze długo pod zapisem, chcieli mnie zatrzymać, ale nie było miejsc na żadnym oddziale, aż w końcu lekrz mówi, że mnie jednk nie puści z takim spadkiem tętna (pytałam od czego to, ale powiedzieli, że tak się po prostu zdarza i że to już końcówka ciąży więc nie ma czym się martwić, dobrze, że przychodziłam na to KTG) i jeśli wyrażam zgodę na dostawkę to może mnie przyjąć. Wyraziłam. Cholera jsna, kilka poprzednich dni na każde badanie jeździliśmy ze spakowaną torbą do szpitala, ale tym razem nie wzięliśmy. Ja mówię, że to bez sensu, bo niedziela, ja się dobrze czuję i jeszcze mieliśmy do tej Arkadii jechać... No więc wygoniłam Tatusia po torbę a ja przechodziłam kolejne badania: morfologia, posiew z szyjki, badanie ginekologiczne (wszystko ok, tylko szyjka szczelnie zamknięta i długa na 3cm bez tendencji do skracania - dwa tygodnie wcześniej na wizycie lekarskiej również było tak samo). Wypełniłam wszystkie papiery i wszystko bylo ok poza tym, że był problem z nazwiskiem. Wszędzie pisali że moje dziecko będzie miało moje nazwisko, a ja mówiłam tysiąc razy, że jednak po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zgodziłam się żeby miało nzwisko Taty. Nigdzie tego ie uwzględnili a jak pytałam jak mam to potem zmienić to powiedzili, że nie wiedzą i potem mam się dowiedzieć. Zapisali wszystkie przebyte choroby, przebieg ciąży, wyniki badań, alergie (wszędzie na czerwono drukowanymi literami, że jestem uczulona na penicylinę, jod i salicylany). Tatko przywiózl torbę, przebrałam się w koszulę nocną kupioną przez Mamę specjalnie na tę okazję (normalnie śpię nago albo w piżamie lub w dresie), kapcie, szlafroczek. Posadzili mnie na fotel, nawet nie zdążyłam się z Tatkiem pożegnać i zawieźli na górę. Powiedzieli, że nie mogę iśc sama, mimo że czułam się bardzo dobrze poza tym że byłam głodna, ponieważ przy takim spadku tętna to jest niebezpieczne i oni nie będa ryzykować. Więc jak kaleka zostalam zawieziona na oddził. Wjeżdżamy, ja patrzę - Blok Porodowy. No ładnie. Wylądowałam na sali z dwiema młodymi dziewczynami, które leżały (nie wolno im bylo wstawać) od trzech tygodni z powodu zagrożonej ciąży. Jedna miała za mało wód płodowych (0,5). W porównaniu z moimi 18... Śmiałyśmy się, że się z nią chętnie podzielę ona mi jeszcze dopłaci ;-) Dziewczyny obcykane, w łóżku się myły, jdły, załatwiały, wszystko. Mnie podpięli na stałe pod KTG i co chwila ktoś przylatywał to sprawdzać bo normlne łóżka są podłączone do dyżurki położnych a j na dostawce miałam dostawione KTG. Zrobili mi też dodatkowe USG, okazało się, że Bobek waży około 3400-3500, wszystko z nim ok, a wód jest ciut mniej, około 16. W międzyczasie Tatko doniósł mi i przekazał przez położną (na blok porodowy nie można wchodzić) moje ubrania, bo przeciez pomyślałam, że jak rano mnie wypuszczą a on będzie w pracy to nie wyjdę w koszuli nocnej. Więc leżałam sobie i czytałam "Brulion Bebe B." Małgorzaty Musierowicz, zagadłam z sympatycznymi studentami, którzy się tam kręcili w ramch jakiś praktyk i tak sobie leżałam. Wreszcie zachciało mi się siusiu. Położna do mnie, że nie wolno mi odpiąć się od KTG, nie wolno mi wstawać bo spadki tętna u dziecka to poważna sprawa. I może przynieść mi basen. Jak rany. W życiu nie sikałam do basenu, poza tym jak to w łóżku mam siusiać? Tak przy wszystkich? Po moim trupie. Odmówiłam. Wreszcie po godzinie prawidłowego zapisu pozwoliła mi skoczyć do toalety, która była na sali porodowej naprzeciwko sali w której leżałam. Poleciałam szybciutko, na sali jakaś kobieta rodziła, posłuchalam jej jęków, zrobiłam siusiu - ufff! Cały czs smsowłam też sobie z Tatkiem z moją Mamą. Po 23ciej lekarka powiedziała, że chce mi zrobić test oksytocynowy, zobaczyć jk Bobek reaguje na oksytocynę, która jest wydzielana w czasie porodu i na skurcze. Czy wyrażam zgodę. Wyraziłam. Wywieźli mnie na korytarz, o co sama zresztą poprosiłam, żeby nie przeszkadzać dziewczynom w spaniu bo ja wiedziałam, że i tak nie zasnę, chciałam sobie jeszcze poczytać książkę a w sali ciemno, no i żeby położne miały mnie na oku ze swojej dyżurki a nie musiały latać do mnie. Podpięli mi kroplówkę (założyli wenflon - nienawidzę tego, to okropnie niemiłe uczucie!!!) z oksytocyną i poszli sobie. Ja wzięłam książkę i zadowolona czytam. Pytałam jakie to są skurcze, bo od początku ciąży ani rzu nie miałam żadnego skurcza. Owszem, napięty brzuch tak, ale nie skurcze. I trochę się bałam czy nie będzie za bardzo bolało i jak ja zareaguję na te skurcze. Ale ok, skurcze były tkie mini mini, że musiałam się bardzo skupić i wsłuchać w swój organizm, żeby je poczuć. Więc czytam, a tu zlatują się położne i lekarki i studenci i szrpią mnie za brzuch. CO się okazało? po 9 minutach testu - znaczny spadek tętna dziecka. A ja praktycznie nic nie czulam!!! Natychmiast odłączyli mnie od oksytocyny i debatują nade mną a ja sobie czytam książkę. Wreszcie lekarka mówi, że w sumie to już jest po północy, skończony 38 tc więc ciąża donoszona, dziecko duże i zdrowe i że aby nie ponosić ryzyka i nie leżeć na oddziale nie widomo ile ona proponuje indukcję porodu za pomocą oksytocyny i czy wyrżam zgodę. Szczerze mówiąc już mi tak ciężko z tym Bobkiem w brzuchu bylo, że bez zastanowienia wyraziłam zgodę. Nie zastanowiłam się wcale, czemu indukcja porodu oksytocyną skoro on reaguje spadkiem na test oksytocynowy, nie zapytałam też co z moją zamkniętą szyjką i czy dostanę prostaglandyny, tak się przejęlam tym porodem i faktem, że jest to dzień przed moimi 30 urodzinami i taka doniosła chwila... No to rodzimy :-) 20-24 maja
Kolejne dni były dla mnie tragedią, wolę nawet nie myśleć, jak odbierał je Tatko, który poza godzinami w swojej pracy, dojazdami od siebie do mnie i z powrotem (nie mógł spać u mnie bo podwójna wersalka to dla mnie było za mało, nawet sama z Bobkiem i poduchami nie mogłam się wyspać, więc Tatko musiał spać u siebie), chwilami snu, zajmował się głównie wożeniem mnie na KTG i z powrotem, na lody, przygotowywaniem kąpieli, pakowaniem do wanny, wyciąganiem z wanny jak wieloryba i wycieraniem, zakładaniem butów, robieniem jedzenia, podawaniem wszystkiego co za wysoko i za nisko, pomaganiem we wstawaniu i podnoszeniu się z łóżka i milionem innych rzeczy. Ja się czułam bardzo kiepsko nie wiedziałam już na co mam narzekać, na rozchodzącą się miednicę, napięty brzuch, jego ciężar, zgagę... A Tatko tego wysłuchiwał i spokojnie rozmawiał sobie z Bobkiem prosząc go o wyrozumiałość dla Mamuśki. W związku z dużą ilością wód płodowych KTG robiłam już codziennie i co wieczór - kierunek Izba Przyjęć na Karowej. Aż do niedzieli, 24 maja.
czwartek, 11 czerwca 2009
Pani Magister
20 maja od godz.10:00 obrona. Mamuśka wystrojona najlepiej jak mogła na 37tc, taksóweczką do szkoły na drugi koniec miasta, tam czekał już Tomasz, który też sie bronił a wkrótce przez korki miała dojechać moja Mama przez korki. Jak zobaczyli mojego wielkiego Bobka to z pozycji 5 przesunęli mnie na 1 miejsce i od razu wzięli na spytki. Wszyscy spanikowani, j wyluzowana bo miałam w pmięci obronę mojego licencjata co było dla mnie pikuś, po drugie i tak czułam się jk słonica i marzyłam tylko o urodzeniu Bobka! Wyluzowana z uśmiechem odpowiedziałam na pytania komisji (moja promotorka, pani kierownik katedry, utorka kilkunastu książek, na których oparłam swoją prcę i dziekan naszego wydziału) o kompetencje pracowników sektor usług oraz aktywizujące metody szkoleń. Wyszłam usiąść i odpoczć bo duszno, nogi bola i wogól. Po godzince przepytali 4 osoby i wolaja nas, zebym nie musiala czekać do końca. Obroniłam się na 5 i będą wnioskowć o wyróżnienie do rektora czy jakoś tak. Tomek też 5 ale bez wyróżnienia. Od mamy dostałam bukiet kwiatów i flachę Magistra :-)
Od razu po wyjściu sprzed oblicza komisji, referuję pytania i nastroje.
Dwoje (troje) magistrów na piątkę :-)
Złapałm środek ciężkości.
Ale szczęśliwa :-) No, terz to już spokojnie mogę rodzić :-) Po obronie do domku, zmęczona. Flaszka Magistra, od Mamy z okazji obrony, ale wypijemy dopiero jak skończymy karmić Bobka.
Odpoczynek po obronie we własnym łóżku z Bobkiem.
Aha, a po drodze ze szkoły do domu, pojechałyśmy jeszcze z Mamą, żeby mnie zameldować tu w Warszawie. Bo do tej pory byłam zameldowana na wsi z rodzicami a tu nie można było nic zrobić bo trwała sprawa spadkowa po babci odnosnie mieszkania. Ale teraz już można więc od tego dnia również jestem zameldowana w Warszawie. W zasdzie mi to obojętne, ale najważniejsze, żeby dla Bobka było wygodnie załatwiać lekarzy i wszystkie inne urzędowe sprawy.
Początek maja
To już był naprawdę ciężki okres. Przytyłam ponad 25kg, ledwie się ruszałam, Bobek naciskał mi na żołądek i przeponę, ledwie oddychałam, do tego jeszcze oczywiście męczyła mnie alergia (już od początku kwietnia - jestem bardzo uczulona na pyłki wszystkich możliwych drzew!). Bolały mnie kości i stawy rozchodzące się pod koniec ciąży, ciągnęło mnie wszystko w środku, spanie było praktycznie niemożliwe, bo nie sposób się ułożyć w żadną stronę i co chwila trzeba wstawać siku. W łóżku miałam konstrukcję z trzech dużych poduszek, ośmiu jasieczkow i kołdry co pozwlało mi na sen w grnicach 3 godzin. Nie byłam w stanie sama zawiązać sobie butów. Tatko robil za mnie prawie wszystko a ja tylko jęczałam i marudziłam. Leżałam, spałam i czasem tylko wyszłam na krótki spacer. Ogólnie okropny okres. WIzyty już u Pani doktor były częstsze. Zaczęto podejrzewać u mnie wielowodzie. Ogromny brzuch, dużo przybyłam na wadze, USG wskazywało wagę Bobka w normie. Dodatkowe, oczywiście płatne USG bo z ubezpieczenia nie ma terminów na najbliższe parę miesięcy. AFI czyli ilość wód płodowych 18. Na tym etapie ciąży to ponoć górna granica normy. Zalecona stała kontrola KTG. Co kilka dni na Karową na badania. Bobek jednak rano tak bardzo pływał w swoim prywatnym basenie w moim brzusiu, że musiałąm na KTG latać wieczorami na Izbę Przyjęć. No i w polowie maja zostałam tam stałym codziennym gościem, bo zpisy były nieczytelne i codzienny wieczór pod przewodami spędzałam słuchając serduszka Bobka. Raz z powodu nieczytelnego zapisu chcieli mnie zatrzymać na obserwację, ale to było dzień przed wyznaczonym terminem obrony mojej magisterki! 19 maja. Odmówiłam. Potem po namowach Mamy, zdecydowałąm się zostać ale wtedy powiedzieli że nie ma miejsc. Kazali zgłosić się wieczorem późnym (to było po południu), na kolejny zapis KTG i zaproponowali Madalińskiego, że może mnie tam przyjmą.Ok. Zjedliśmy obiad, pojechaliśmy na lody i na Madalińskiego. Pół godziny nikt sie nie pojawił na Izbie przyjęć, mogłam tm urodzić jakbym chciała. Wreszcie wyjrzała jkaś tsra baba (położna) i wyjaśniłam jej o co chodzi. Skrzywiła się, pokazała przez drzwi lekarzowi (nawet go nie widziałam a on mnie) moje papiery, na co usyszałam zza przymkniętych drzwi, że jak zapłącę to mi może zrobić KTG. Na Izbie przyjęć państwowego szpitala Świętej Rodziny!!! Ttko zacisnął pięści i siłą musiałąm go wyprowadzić na ulicę bo rozniósłby szpital! Pojechaliśmy na Karową i od ręki zrobili mi KTG. Wszystko było ok więc puścili mnie do domu. Wyprawka
Jeszcze w kwietniu została zakupiona wyprawka dla Bobka. Moja Mama - sponsorka w imieniu swoim i Taty - przyjechała do Warszawy i wybrałyśmy się do pierwszego sklepu z mojej długiej listy, na drugim końcu Warszawy, róg Dzielnej i Okopowej bodajże. I tam kupiłyśmy wszystko. Ubranka już dużo wcześniej były stopniowo zbierane po wszystkich znajomych i kupowane głównie w ciucholndch i hipermarketach. Kupiłyśmy za to wózek (Bartatina Classic Lux kolor na zamówienie czarno czerwony, głęboki i spcerówka za 1070zł), pościel, materacyk, kocyki, wszystkie gadżety typu nożyczki do paznokci i termometr do kąpieli, wszystko co dla mnie potrzebne (wkładki laktacyjne i poporodowe, koszule do szpitala). Sklep polecam z czystym sumieniem, panie sprzedające brdzo miłe i kompetentne i nawet jak odebraliśmy wózek i okzało się, że jeden zatrzask nie zapina się to reklamacja trwała kilka dni i smi dzwonili od razu że już gotowe. Tego też dnia poznały się dwie babcie - moja mama i mama Tatki.I polubiły się od pierwszego wejrzenia :-) Wizyta u Dziadków
W drugiej połowie kwietni pojechaliśmy do Dziadków Taty na wieś, koło Poniatowej. Ja oczywiście trochę stremowana, ale było super, wszyscy byli strasznie mili i symptyczni i wogóle jest tam tak pięknie, że mam nadzieję, że jak najszybciej pojedziemy tam z Bobkiem. Wzięliśmy trochę rzeczy dla Bobka, między innymi łóżeczko (po Alicji), dostaliśmy świeże wiejskie jajka i babcine kompoty z wiśni (mniam!) a wracając poprosiłam, żebyśmy jeszcze zahaczyli o Lublin bo tam nigdy nie byłam. Spacerowaliśmy po lesie, w którym Tatko się bawił jak był mały. Oglądaliśmy stawy i słuchaliśmy jak szumią. Aż wreszcie musieliśmy odpocząć, bo Bobek fikał strasznie! Szkoła Rodzenia
Od końca marca chodziliśmy do szkoły rodzenia. W sumie to Tatko bardzo nalegał, żeby się tam zapiać. Ja wogóle chciałam chodzić na Karową bo tam chciałam rodzić, ale tam za Szkołę trzeba płacić 650zł. A to dla mnie sporo. Za to na Madalińskiego, niedaleko ode mnie, przy szpitalu, w którym urodziłam się i ja i Tatko i połowa naszych rodzin, była szkoła finansowana przez miasto, więc się zapisaliśmy. Zajęcia w poniedziałki (teoria) i środy (ćwiczenia fizyczne). Tuż przez wyjściem na pierwszy wykład pokłóciłam się z Tatkiem, zwymyślałam go a potem przez tydzień miałam pretensje bo nie poszedłze mną, a akurat były zajęcia z psychologiem i o roli ojcostwa i ćwiczenia w parach a ja byłam sama. Całe zajęcia ryczałam :-( Na kolejnych zajęciach to Tatko się bardziej skupiał, zapamiętywał ćwiczenia jakie mogę i powinnam robić w ciąży, pomagal mi przyjmować zalecane pozycje do porodu, relaksował się ze mną (ze dwa razy tak bardzo aż chrapał na całą sale). Ja nie opuściłąm żadnych zajęć, Tata ze dwa. Na ostatnich uczyliśmy się kąpać, przewijać i ubierać lalki. I dostaliśmy dyplom ukonczenia szkoły rodzenia. W sumie dla mnie wykłady nie były atrakcyjne, ćwiczenia niektóre się trochę przydały. Ale jeżeli ktoś rodzi swoje pierwsze dziecko (ok, u mnie to pierwsze, ale mam doświadczenia po siostrze i dzieciach, którymi się zajmowałam no i naczytałam się mnostwo książek, gazet i w internecie) to polecam. Zwiedziliśmy też salę porodową na Madalińskiego i powoli, takżde pod wpływem Tatki i mojej Mamy, zaczęłam się zastanawiać nad zmianą zdania i rodzeniem nie na Karowej a na Madalińskiego.
środa, 10 czerwca 2009
Naukowe spacery
Jak już wspomniałam początek kwietnia to znow był czas, kiedy Mamcia byla obrażona na Tatę. Ale jednocześnie pod jego wpływem i pod wplywem goniących terminów i rosnącego Bobka, Mama skupiła się na "wykończeniu" swojej magisterki. Dzięki temu niemal codziennie byłam w Bibliotece Narodowej, a skoro już tam to po pilnej nauce w chłodnych cichych wnętrzach, Tata wyciągał nas na spacery po Polach MOkotowskich. Jak widać poniżej: Cień Mamy z brzusiem. Jedzonko :-) Na słoneczku :-) Ognisko
Na samym początku kwietnia Bobek miał swój kolejny debiut. Byliśmy pierwszy raz na ognisku. Ze znajomymi z pracy spotkaliśmy sie w Powsinie. Mamuśka długo nie wytrzymała, bo i nogi już puchły i ciężko z tym brzucholem i więcej spokoju potrzeba, ale kiełbaski z ogniska były pycha :-) Kwiaty
Nie bardzo lubię dostawać kwiaty. Znaczy lubię bardzo ale nie za często. Od Tatki dostałam w marcu bukiecik stokroteczek, słodkich, różowych. A 2 kwietnia zapomniał Tatko o wizycie u lekarki. Dla mnie to nie problem, bo sama sobie poradzilam, pojechałam i ok, ale Tacie zawsze strasznie zależało, żeby ze mną i z Bobkiem chodzić do lekarki. Jak mu się przypomniało i wyleciał jak poparzony z pracy żeby zdążyć jechal przekraczając wszystkie przepisy, aż go zatrzymała policja. Wieczorem na przeprosiny przysłał obrażonej (akurat o coś calkowicie innego) Mamusi wielki bukiet moich ulubionych kwiatów - frezji. Mamusia z kwiatami. A za mną widać prezenty, które dostałąm na mojej pożegnalnej imprezie. Misio - Bobek i ubranka klubowe :-) Spacery znowu
Po świętach przyjechał do nas jeszcze Tatko i oczywiście wyciągnął biedną ociężałą Mamuśkę na spacer po świeżym wiejskim powietrzu: Wyruszamy spacerkiem po wielkiej łące. Uff! A to dopirto początek! Pokazuję jakie boćki chodzą po naszej łące... Ciekawe czy to ten nam przyniósł Bobka? W połowie spaceru odpoczynek był jednak konieczny... Mama wymęczona spacerem a Tata się cieszy... Ciekawe jakby tak on z 20kg brzuchem musiał uskuteczniać takie przechadzki..? Wielkanoc
Na Święta pojechałam do Rodziców. Brzuch już był naprawdę spory i wszyscy ze wsi komentowali ;-) Przez Święta się objadłam i wyleniuchowałam porządnie, a Tatko był ze swoją rodzinką, u dziadków. A pierwsza wielkanoc Bobka wyglądała tak: Z moimi Rodzicami przy Świątecznym stole. Dużo jajek i oczywiście cola :-) Porównanie brzuszków Mamusi i Cioci Misi. Który ładniejszy?
d
poniedziałek, 11 maja 2009
6 kwietnia
Tego dnia mieliśmy kolejne USG, tym razem na Karowej i było to ostatnie USG planowe oficjalne w ciąży, takie na 32 tydzień (mi się, o ile pamiętam, kończył 31 ale nie chciałam później terminu, żeby wyjechać na święta). Niestety nie mam teraz przy sobie zeskanowanych zdjęć Bobka, ale obiecuję to wkrótce nadrobić :-) Zresztą już taki duży z niego chłopak, że mało co na tych fotkach widac ;-) Tego dnia również, wieczorem w pracy byla doroczna impreza, wielka gala z cateringiem, statuetkami i tancami. I ja tam byłam, soczek piłam, do północy jak kopciuszek się bawiłam, zdjęciami się pochwalę jak je skądś dopadnę :-) 2 kwietnia
No i kolejna wizyta u Pani Doktor i znów bez rewelacji. Zbadała mnie i powiedziała, że Bobek mi nie wypada. A pytałam ją o to bo od pewnego czasu co jakiś czas mam wrażenie, że czuję go dosłownie między nogami! Nie boli mnie to, ale strasznie dziwne i nieprzyjemne uczucie :-( Ale powiedziała, że spoko, wszystko ok. No i dostałam L4 do pracy i zaczął się czas (teoretycznie) słodkiego lenistwa. Bo jak inne kobiety w ciąży zauważają słusznie, bycie na zwolnieniu wcale nie oznacza, że ma się więcej czasu na wszytsko bo po pierwsze od razu chce się więcej zrobić i więcej się planuje a po drugie w tym stanie to już się wolniej funkcjonuje i wolniej działa i trzeba przysiąść, odpocząć, położyć się i takie tam... Na szczęście mam Tatkę, który stara się pomagać jak może (przeważnie ;-) Pożegnalna imprezka
No i przyszedł koniec marca i mój ostatni oficjalnie dzień w pracy. Wtedy byłam aktualnie śmiertelnie obrażona na Tatkę i nie odzywałam się do niego. A co on zrobił? Zorganizował dla mnie "pożegnalne przyjęcie". Dziewczyny po pracy wyciągnęły mnie niby na kawkę, a tam już czekało kilkanaście osób! Były prezenty i kwiaty (jak zdobędę od Alicji zdjęcia to wkleję), były osoby, które już od niemal roku nie pracowały a przyszły mnie "pożegnać" i moje wszystkie kochane "dzieciaki" z pracy. Nie da sie opisać słowami jak mi było miło. Tym bardziej, że do tego czasu byłam przekonana, że nie przedłużą mi w pracy umowy (kończy mi się w kwietniu a kto przedłuży umowę babie w ciąży? do dnia porodu muszą ale ani chwili dłuzej). A tego dnia Dyrektor mi wręczył moją nową umowę (co prawda tylko na rok, ale zawsze!). Więc naprawdę kilka razy tego dnia popłakałam się ze wzruszenia. I tym razem oficjalnie (bo wtedy się nie odzywałam) DZIĘKUJĘ TATKO!
Mama z ciocią Alicją na pożegnalnej imprezce Druga połowa marca
No i już powoli zaczynały się "schody" jeszcze pracowałam, ale już na znacznie zmniejszonych obrotach, już odpuszczałam sobie ile wlezie i w zasadzie byłam w pracy tylko pro forma, żeby otworzyć kino, wydać kasę i klucze. Dużo siedziałam i szybko się męczyłam. Po powrocie do domu byłam wykończona i mimo, że Tatko mnie odbierał samochodem niemal codziennie, żebym się nie tłukła autobusami, to zaraz się kładłam, czasami nie miałam siły nawet zrobić sobie jeść czy się wykąpać (pomijając fakt, że moja wanna ma 90cm długości i we dwoje z Bobkiem sie już dawno tam nie mieścimy i w zasadzie jest to szybki prosznic albo moczenie mojego odwłoka bo reszta się już nie mieści). Tak więc powoli pracowałam i odpoczywałam. I tak do końca marca. 5 marca
Kolejna wizyta u Pani doktor. I kolejne ogólne oględziny i znowu okazuje się, że wszystko spoko i wzorowa ciąża i super i wogóle. W zasadzie mogłabym tam wogóle nie chodzić, a porady i wyjaśnienia na przykład dlaczego w nocy tak mi drętwieją ręce, że ich nie czuję jak wstaję to mogłabym w internecie czytać ;-)
wtorek, 28 kwietnia 2009
Początek marca
To nie był najlepszy okres. Ja już miałam pokaźny brzuszek, a mimo to nadal pracowałam i nie poszłam na zwolnienie mimo że Tatko bardzo nalegał. Nie chcę też się tu dużo na ten temat rozpisywać bo był to okres strasznych kłótni. Największa była zarówno z mojej jak i Tatki winy. Przez mój charakterek, emocje, hormony było okropnie. Nie odzywaliśmy się do siebie przez wiele dni. Nie wiem jak Tatko ale ja nie chciałam go widziec na oczy, potwornie sie wściekałam i miałam ochotę spotykać się z nim najwyżej w sądzie. Na szczęście po jakimś czasie wyjaśniliśmy sobie wszystko (po imprezie u Sikora pare godzin na murku w środku nocy... spoko...). Dlatego tez nioe chcę tu opisywac i rozpamietywać tych niemiłych sytuacji i chwil. Wszystko w końcu zostało wyjaśnione a Bobek na potwierdzenie parę razy kopnął Tatkę, co ten uwiecznił i opublikował - dostęp pod tym linkiem. W tym też czasie zmarł nasz kolega z pracy i uczestniczyliśmy w jego pogrzebie. To było bardzo smutne i wtedy tak sobie myślałam, że jedno życie przychodzi (Bobek) a inne odchodzi (Paweł). Taka kolej rzeczy. I jeszcze o spacerach :-)
Ja wiem, że po ilości zdjęć to wygląda, jakbym nic innego nie robiła tylko na spacery chodziła, ale to po prostu dlatego, że owym czasie moje wyjście na spacer, na ten mróz i wogóle to było takie wydarzenie, że Tatko od razu je dokumentował na kliszy :-) Spacer w Łazienkach Entuzjazm Mamuśki do spacerowania po takim mrozie :-) Że niby taka ciężka jestem z Bobkiem, że drzewko sie przewraca ;-) Troche striptizu w krzakach żeby pokazać Bobka :-) A tu już nie mogłam wytrzymać bo mi się chciało siusiu a w całych Łazienkach nie ma łazienki! A w krzaczkach na mrozie... nie za bardzo :-( W nagrodę za dzielny długi spacer - rurki z bitą śmietaną u Grycana na Placu Unii :-) Od tego czasu jestem tam bardzo bardzo częstym gościem ;-) Kiedyś nawet udało nam się z Bobkiem zjeść 10! Z nieodłącznym telefonem przyuchu. Na pewno dzwonię do Mamy! I jeszcze raz pospacerowe efekty malowania Tatki, a Mamuśka czyta "Szóstą klepkę" :-) |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||